Andrzej Pilipiuk dla „Warszawskiego Wieczoru”: Dwa razy pobili mnie cyganie ze Szmulek

Andrzej Pilipiuk, znany zwłaszcza z cyklu opowiadań o przygodach Jakuba Wędrowycza, egzorcysty-bimbrownika; poszukiwacz meteorytów, archeolog, jeden z najpopularniejszych polskich pisarzy w rozmowie z nami wspomina swoją młodość na warszawskich Szmulkach. Opozycja twierdzi, że w Warszawie dochodzi teraz do aktów terroru policji względem protestujących pod Sejmem. To podobno charakterystyka rządów PiS.

Myślę, że za rządów PO-PSL opozycja dostałaby prawdziwe lanie. Wtedy policja działała dużo brutalniej.

Gdyby tak Jakub Wędrowycz przechodził obok Wiejskiej teraz…

Jakub Wędrowycz nie szczególnie interesował się polityką i pewnie zignorowałby jednych i drugich. Nie szczególnie zajmowałby go ten cyrk.

Nad czym pracuje teraz Wielki Grafoman, Andrzej Pilipiuk?

Byłem niedawno w Norwegii, a teraz pracuję dalej nad kolejnymi przygodami Wędrowycza.

Norwegia? Przy okazji, przypomniała mi się Twoja inna zagraniczna przygoda. Mówiłeś mi kiedyś o pewnej „wtopie” z tłumaczeniem Wędrowycza na język czeski.

Tak, przełożenie na czeski słowa

„dresiarz” po czesku znaczyło tyle co „sportowiec”, a w książce chodziło o dresiarzy z Pragi. To rozłożyło sens. Czesi jakoś nie załapali niuansów subkulturowych.

Chodziło oczywiście o opisanych w Wędrowyczu dresiarzy na warszawskiej Pradze. To Twoja była dzielnia…

Tak, tam mieszkałem 25 lat. Dokładniej na Szmulkach.

Swojego czasu chyba najbardziej niebezpieczna część Warszawy.

To prawda, ale wtedy było tak, że swojaków nie ruszano. Jakoś się rozpoznawaliśmy.

Nigdy nie wyłapałeś kilku zaskakujących pięści z bramy?

Dwa razy dostałem lanie na Szmulkach i dwa razy od cyganów, za którymi do dzisiaj z tego powodu nie przepadam. Cyganie ze Szmulek nie zapamiętali mi się jakoś szczególnie sympatycznie, ale wszystkich czytelników „Warszawskiego Wieczoru” pozdrawiam, także tych ze Szmulek, oczywiście!

Dodaj komentarz