Czy Jaki uwolni lokatorów ze spółdzielczych kajdan?

Problem z jakim boryka się w samym tylko Ursynowie blisko 14 000 najemców dotyczy całego miasta stołecznego Warszawy. Jest to wynikiem, wydawałoby się, zamierzchłych już czasów PRL. Wtedy bowiem, w dobie wielkiego mieszkaniowego „wow” z wielkiej płyty, niczym grzyby po deszczu zaczęły rosnąć bloki, wieżowce, całe osiedla. Tempo było szybkie, potrzeba mieszkań ogromna, więc budowali. Nikt nie zastanawiał się wtedy na czyim gruncie, jak rozwiązać sprawę własności. Byli lokatorzy, były klucze do nowego M4.

Problem pojawił się po latach. Jak się okazało, mimo że lokatorzy są „właścicielami” mieszkania to nie mają większych do niego praw. Mieszkanie bowiem jest na czyimś gruncie. W najlepszym wypadku na gruncie gdzie została już uregulowana własność ,w gorszym gdy nie uczyniono tego do tej pory. W każdym razie spora część spółdzielni mieszkaniowych nie jest właścicielem gruntów, a tylko je dzierżawi od miasta. Skoro nie posiada w rozumieniu prawa nie może tego gruntu ani przekazać ani sprzedać. W końcu mieszkania usadowione na gruncie dzierżawionym od miasta Warszawy nie są własnością spółdzielni tylko własnością miasta. Na końcu tego chaosu stoi lokator, który teoretyczne jest właścicielem swojego, wymarzonego M, ale w praktyce nie może zrobić z nim nic poza dbaniem i pielęgnowaniem. Nie może go ofiarować w geście dobroduszności ani sprzedać dla zysku, z tak prostej przyczyny jaką jest brak księgi wieczystej. Brak owej księgi ma jeszcze inne asy w rękawie. Żaden bank nie udzieli bez niej kredytu hipotecznego ani obecnemu „właścicielowi” ani jego nabywcy, gdyby się taki trafił co chce kupić taniej bez prawa do gruntu. Takie „zawieszone w powietrzu” mieszkanie z zasady musi być sporo tańsze. Posiadacz mieszkania liczy, więc na to co czas przyniesie ale jak dotąd przynosi kolejne pytania. Co będzie gdy spółdzielni skończy się umowa dzierżawy interesującego nas gruntu? Na razie pozostaje tylko płacić czynsz za trwającą jeszcze na szczęście dzierżawę, i liczyć, że z biegiem lat nie połknie ona wartości lokum. Pomysłów na rozwiązanie problemu było już sporo ale na kreatywnej twórczości jak dotąd się kończy.

Kończy się też cierpliwość wszystkich, lokatorów, prawników i sędziów. Rozwiązań istniejących problemów należy upatrywać w zmianie prawa jak również w pociągnięciu do odpowiedzialności osób odpowiedzialnych za powstanie nieprawidłowości w tym zakresie – wyjaśnia ekspert, mecenas Ireneusz Wilk. Coraz częściej w kuluarach słyszy się, że „skończy się to wszystko działaniami o charakterze prawno-karnym” – podsumowuje swą wypowiedź mecenas Wilk.

Daria Kurzawa daria.kurzawa@warszawskiwieczor.pl

Dodaj komentarz