Jak mąż kasjerki z CBA grał w STS za pieniądz operacyjne…

Historia jak z taniego kryminału, a jednak zupełnie realna. Kiedy informował o niej „Puls Biznesu” można było sądzić, że to wyjątkowo niefortunny zbieg okoliczności, pomyłka, fake news, chociaż poważna redakcja dawała gwarancję swoim szyldem autentyczności informacji.

Dzisiaj nie ma już złudzeń. „Rzeczpospolita” ujawniła kulisy sprawy. Dariusz G. mąż kasjerki z CBA zrealizował transakcje u bukmacherów (był m.in. stałym bywalcem największego z nich, czyli STS) na kilka milionów złotych. Proceder trwał niezauważony miesiącami! Z kasy CBA zniknąć miało 5 mln zł, więc śledczy próbują wyjaśnić dość oczywisty związek pomiędzy zniknięciem pieniędzy z funduszu operacyjnego Biura, do którego dostęp miała kasjerka CBA i jednocześnie żona Dariusza G., który nagle znalazł pieniądze by „na bogato” operować w świecie „inwestycji” bukmacherskich.

„Mąż kasjerki był stałym klientem m.in. największej polskiej firmy bukmacherskiej – STS. Zapytaliśmy ją, czy dopełniła obowiązków wynikających z ustawy. „Prokuratura zgłosiła się do nas – tak jak do innych firm bukmacherskich – z zapytaniem w tej sprawie. Odpowiedzieliśmy na nie i pozostajemy do dyspozycji organów państwowych. GIIF jest informowany o każdej transakcji wymagającej zgłoszenia na podstawie polskiego prawa” – zapewnia nas Łukasz Borkowski, PR menedżer STS. Zastrzega, że nie może mówić o żadnym kliencie, jednak zapewnia, że spółka „dopełnia wszelkich obowiązków wynikających z przepisów przeciwdziałających nadużyciom finansowym”

– czytamy w „Rzeczpospolitej”.

Z analizy dziennikarzy „Rz” wynika, że faktycznie sama ustawa o zapobieganiu praniu pieniędzy oraz wytyczne, jakie niedawno wystosowało do bukmacherów ministerstwo finansów nie regulują precyzyjnie transakcji powiązanych. Resort nakazuje jedynie zgłaszać głównemu inspektorowi finansowemu transakcje powyżej 15 tys. euro. Pojedyncze transakcje! Dariusz Sz. obchodził to w banalny sposób. Dokonywał wielu zakładów, ale zawsze na mniejszą kwotę niż 15 tys. euro.

„Rzeczpospolita” puentuje to prostym stwierdzeniem:

„resort tak naprawdę dał wolną rękę branży hazardowej, która sama decyduje, który klient powinien być wzięty pod większą kontrolę”.

Bukmacherzy mogą robić co chcą. Tym bardziej osoby takiej jak Dariusz G. Farsą jest za to fakt, że pralnia dotyczyła pieniędzy polskiej tajnej służby, która ogołociła kasę CBA na zakłady męża…

Po aferze hazardowej, w państwie rządzonym przez PiS, takie numery? Czyli państwo dalej istnieje li tylko teoretycznie.

 

 

(Pixabay)

 

 

Dodaj komentarz