W drodze do Ostrej Bramy

Każde lato jest dla mnie okazją do sentymentalnych podróży na ukochane Kresy. Wędrówek nie tylko w sensie fizycznym, ale i duchowym. Fizycznym bo od siedemnastu już lat biorę udział w Międzynarodowej Pieszej Pielgrzymce z Suwałk do Ostrej Bramy. Po wielu latach przewodniczenia grupie „żółtej” od trzech latach zmagam się z posługą kwatermistrza pielgrzymki. A jest to pielgrzymka wyjątkowa. Pierwsza ruszyła na pątniczy szlak w dniach 11-12 lipca 1991 r. Salezjanie z parafii pw. Matki Bożej Miłosierdzia w Suwałkach chcieli w ten sposób podziękować za odzyskanie wolności przez narody Europy Środkowo – Wschodniej od 1945 roku, aż po początek lat 90. XX w. znajdujące się pod polityczną kuratelą Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Ta niezwykła inicjatywa trwa po dzień dzisiejszy i pielgrzymka wyruszy do sanktuarium wileńskiej Matki Miłosierdzia po raz 28. Przez te wszystkie lata włączali się w nią nie tylko Polacy z kraju i obczyzny, ale również Słowacy, Czesi, Serbołużyczanie, Białorusini, Litwini i Ukraińcy, także pątnicy z zachodnich krajów Europy, USA, Kanady i Australii. Nasze rekolekcje w drodze, dzięki obecności ich wszystkich, przybrały rzeczywistego charakteru międzynarodowej wspólnoty w wędrówce po szlakach wiary i dziękczynienia. To różnorodność stanowi wielkie bogactwo tej pielgrzymki, ponieważ spotykają się na niej ludzie wywodzący się z różnych środowisk czy tradycji, a także o różnej wrażliwości religijnej. To wszystkich, nawzajem, niesamowicie ubogaca, pozwala się poznać, przełamać stereotypy, stać się uczestnikiem ważnych dialogów.

Kresy od zawsze, w naszym narodowym doświadczeniu, były miejscem przenikania się kultur i religii, wspólnego przeżywania codzienności wielu narodów tworzących społeczeństwo Rzeczpospolitej. Tak było w czasach świetności, kiedy cieszyliśmy się wspólną państwowością, a kiedy ją utraciliśmy wspólnie biliśmy się o wolność z tymi samymi wrogami. Wydaje się, że to niespotykane gdzie indziej na świecie doświadczenie współtworzenia wielonarodowościowego państwa, które przez kilka stuleci było ważnym europejskim graczem, bezpowrotnie się zagubiło w tragicznym wieku XX. Totalitarne systemy, w wydaniu rosyjskim i niemieckim, dokonały nie tylko fizycznej zbrodni na dawnych narodach tworzących Rzeczpospolitą (Polakach, Ukraińcach, Białorusinach, Litwinach, Żmudzinach, Łotyszach, Ormianach, Żydach i Tatarach), ale skutecznie je poróżniły, popychając do zbrodni wymierzonych w siebie nawzajem. Najtragiczniejszą odsłoną tych smutnych wydarzeń było ludobójstwo dokonane na Polakach na Wołyniu, Podolu w Galicji Zachodniej przez ukraińskich nacjonalistów z OUN – UPA. W czasie II wojny światowej, w różnych kontekstach i konfiguracjach, większość ze wspomnianych wspólnot narodowych walczyła ze sobą nawzajem. Skutki tych smutnych wydarzeń odczuwamy do dzisiaj we wzajemnych relacjach.

W tym roku wspominaliśmy, na wielu uroczystościach, 75. rocznicę zbrodni na mieszkańcach naszych Kresów Wschodnich, dokonanych przez Ukraińców. Smutnych niemal pod każdym względem. Po pierwsze, ta tragedia wciąż domaga się historycznej prawdy, nie tylko w historiografii Ukrainy, ale przede wszystkim w świadomości społecznej narodu, który wciąż nie chce przyznać się do popełnionej przed laty zbrodni. Ukraina nigdy nie będzie wolnym krajem, jeśli nie pozbędzie się piętna kainowej zbrodni i w sposób chrześcijański nie dokona rozrachunku z własną historią. A jakie są warunki dobrej pokuty, odprawionej na sposób sakramentalny, wszyscy, znający katechizm, dobrze znają. Uparte trwanie w grzechu kłamstwa, podejmowanie próby pomniejszania znaczenia i skali ówczesnych zbrodni ludobójstwa przerażają. Tak jak przerażają rodzimi wyznawcy poprawności politycznej, którzy przez lata za cenę dobrosąsiedzkich stosunków z Ukrainą, gotowi byli zapomnieć o ofiarach i męczennikach własnego narodu. Niektórzy się przebudzili. Doczekaliśmy się prezydenta Andrzeja Dudy z wizytą na ziemiach, gdzie masowo mordowani byli przed 75. laty nasi rodacy, tylko dlatego że byli Polakami. Znacznie spóźniony gest pamięci, jednak lepiej późno niż wcale. Tym bardziej, że wielu rodzimych polityków wciąż trwa w antynarodowym zamroczeniu.

Piszę tych kilka słów refleksji z nadzieją na pojednanie między narodami tworzącymi dawną Rzeczpospolitą. Tą wielką i potężną, stanowiącą przedmurze Chrześcijaństwa, broniącą swojej wolności. Naprawdę wierzę w scenariusz, że po chrześcijańsku wybaczymy sobie nawzajem winy i będziemy w stanie razem budować świetlaną przyszłość naszych narodów. Pielgrzymka do Wilna jest przykładem, że wspólne odwołanie się do korzeni i wiary może przynieść piękne owoce. Wspominałem już o nich powyżej – dar wzajemnego poznania się, odkrywania różnorodności, doświadczania wzajemnej wrażliwości. Gest podania ręki i kubka z wodą nabierają tu zupełnie nowego znaczenia.

I jest jeszcze, a może przede wszystkim, nasza wspólna Matka, Pani Wileńska, Maryja Miłosierdzia z Ostrej Bramy, która otacza nasz wszystkich swoim płaszczem opieki. Cieszy się wielką czcią zarówno wśród Polaków, Litwinów, Łotyszy, Białorusinów, jak Ukraińców, a nawet Rosjan. Jej ikony spotykamy w kościołach katolickich oraz greckich i prawosławnych cerkwiach. W lipcu 1927 roku w Wilnie odbyła się koronacja Matki Bożej Miłosierdzia. Była pomyślana przez polski episkopat i rząd, jako dziękczynienie narodów tworzących kiedyś Rzeczpospolitą, za odzyskanie niepodległości w 1918 r. Wówczas się nie udało. Z zaproszenia na uroczystości 2 lipca 1927 r. skorzystali tylko Łotysze. Do setnej rocznicy koronacji naszej wspólnej Królowej pozostało dziewięć lat. W stulecie odzyskania niepodległości będę się modlił na pątniczym szlaku o pojednanie wszystkich bratnich niegdyś narodów. Wiara czyni cuda!

Ks. Jarosław Wąsowicz SDB
jaroslaw.wasowicz@warszawskiwieczor.pl

 

Dodaj komentarz